Moje refleksje po obejrzeniu doskonałego kina.
Tym razem to najnowszy film Danny’ego Boyle’a. Jest to ekranizacja książki Arona Ralstona, która pokazuje wyjątkowo dramatyczne przeżycia młodego alpinisty, który w czasie samotnej wędrówki, zostaje uwięziony w szczelinie skalnej/w następstwie tego nieszczęśliwego wypadku jego ramię zostaje zgniecione i uwięzione pod wielkim głazem/, w bardzo trudnych górach Utah i jest zmuszony do desperackiej walki o przetrwanie. Bohater filmu, którego odgrywa James Franco, jest postacią autentyczną, a jego historia wydarzyła się naprawdę. Przez to film dodatkowo zyskuje.
Mało! Ten młody człowiek, wybierając się na tę wyprawę w góry, nikogo ze swoich bliskich o tym nie informuje. 127 godzin, czyli 5 dni i 5 nocy, to czas, jaki przychodzi mu spędzić pośród skał – w oczekiwaniu na ratunek lub śmierć. Szybko jednak orientuje się, że pomoc nie nadejdzie. Zaczyna się desperacka walka o przetrwanie.
Fenomenem tego obrazu jest to, że cały film rozgrywa się na ograniczonej przestrzeni, bo jedynie w wąskiej szczelinie skalnej, a mimo takiego ograniczenia, akcja filmu trzyma widza w nieustannym napięciu. Niesamowicie wciąga, mimo iż ma wiele trudnych do obejrzenia scen i mimo rosnącego z chwili na chwilę uczucia klaustrofobii, które nie jest łatwe do zniesienia.
Jednak film ten, to apoteoza życia z całą jego nieprzewidywalnością, okrucieństwem, ale i jego niezwykłością i pięknem. Rozwiązanie, jakie przychodzi po 127 godzinach, zaskakuje, ale i napawa optymizmem.
Zatem bardzo gorąco zachęcam do obejrzenia, bo to naprawdę warto!
.







