Są granice naturalne, granice miast, granice między dobrem a złem, granice wieku i te, tzw. wszelkie granice – czyli te, których nigdy się nie powinno przekraczać, bo są niedopuszczalne.
I o tych ostatnich chciałaby napisać parę słów….
Ostatnie wydarzenia przy okazji uchwalania ustawy „emerytalnej” i na Sali Sejmowej i pod Sejmem pokazały, jak łatwo można przekroczyć granice, które nigdy nie powinny zostać przekroczone.
Tego dnia, debata sejmowa po wielokroć zamieniana w swoisty Hyde Park, tyle że nienawiści, pomówień, inwektyw i agresji. Debata wszak rządzi się szczególnym prawem. To rozmowa na argumenty, fakty, propozycje. W londyńskim Hyde Parku można mówić wszystko, bo to symbol – forum dla swobodnego wypowiadania wszelkich poglądów w imię wolności słowa, pod warunkiem nie obrażania Królowej. W naszym Sejmie obrażano premiera, rząd i parlamentarzystów.
Za to, na to co się tego dnia działo pod Sejmem, to już naprawdę trudno znaleźć określenie.
Ja rozumiem prawo związków zawodowych do ochrony pracowników, do protestów, do wyrażania swoich opinii – również na ulicach. To przywilej demokracji, o który tak bardzo Solidarność walczyła i to jest poza wszelką dyskusją.
Niestety, ta „Solidarność” nie jest już moją „Solidarnością”. Poziom agresji, nienawiści , brutalności, chamstwa związkowców sięgnął zenitu. Obrzucano nas najbardziej niewybrednymi inwektywami, palono nasze zdjęcia, niesiono szubienice i sznury, nawoływano do linczu. Byłam też tuż obok Marszałka Stefana Niesiołowskiego, podczas już głośnego incydentu z dziennikarką jednej z gazet. Mogę tylko podziwiać jego wielominutowe opanowanie na to co robiła ta kobieta, by go sprowokować. A to że, odsunął jej kamerę, by nie wybiła mu nią zębów, ogłoszono we wszystkich mediach napaścią i wydano już na Marszałka wyrok. Uważam to za wielce krzywdzące i niesprawiedliwe dla Stefana Niesiołowskiego.
Byłam również świadkiem, kiedy to kolega klubowy Paweł Suski chciał przejść przez blokowane przez związkowców barierki, by się wydostać z Sejmu. Najpierw obrzucono go najpodlejszymi inwektywami, po wielokroć opluto, a na koniec uderzono kijem od transparentu. Szłam wtedy w grupie innych posłów obok Pawła, bo też chciałam się wydostać z Sejmu, by móc wrócić do domu po zakończonym posiedzeniu. Chyba po raz pierwszy w życiu tak bardzo się bałam. Tłum kipiał agresją, podchmielony, nieprzewidywalny. Zostaliśmy obrzuceni stekiem obraźliwych epitetów, wyzwisk oraz inwektyw.
Nie chcę być też źle zrozumiana – nie chodzi mi o to, by się ktoś nad moim i moich kolegów „losem” użalał. Poddając się wyborom – wiedziałam, że będę osobą publiczną, rozliczaną ze swojej pracy.
I na to pełna zgoda. Nie zgadzam się jednak na traktowanie mnie jak obywatela gorszej kategorii. To, że moja praca wynika z wyboru, nie oznacza, że można mnie lżyć i naruszać moją wolność.
Nie wiem czy to signum temporis, czy nieodpowiedni ludzie, którzy tylko z nazwy bronią pracowników?
Przyszłość być może obnaży prawdę.







