Kiedyś ktoś mnie poprosił bym powtórzyła zwrot „ I cóż, że ze Szwecji”. I cóż się stało ? Naturalnie łamałam sobie język, mimo że toż on mój, ojczysty. Wtedy uzmysłowiłam sobie powszechną opinię o naszym języku, że jest ponoć jednym z najtrudniejszych na świecie.
Z jednej strony duma, z drugiej zaduma. Duma, bo się nim posługuję na co dzień. Zaduma, bo tak wiele słów zaczyna go zaśmiecać. Kiedyś w literaturze zwano je latynizamami, bo czerpaliśmy zapożyczenia z łaciny. Dziś z angielskiego. I szczerze mówiąc nie bardzo mi się to podoba. Pewnie to znak czasu i proces nie do uniknięcia. Martwi mnie, że tworzy się jakaś swoista „nowomowa”, która chyba nie jest już przez moje pokolenie do „udźwignięcia”.
To, że język jest trudny, z trudną składnią, pisownią, gramatyką budzi szacunek dla językoznawców. Ale to jak nim się będziemy posługiwali świadczy o nas. Dbajmy na co dzień o to jak mówimy i co mówimy, jak piszemy i co piszemy.
Mniut przczeli po pieńć złotyh
Czy potraficie Państwo to rozszyfrować mimo tylu błędów? Widziałam kiedyś ten napis na szybie sklepiku z warzywami.







